O autorze
Pół-Polka, pół-Libanka. Uczestniczka trzeciej polskiej edycji programu „MasterChef”, której umiejętności docenili między innymi Gordon Ramsay i Michel Roux. Autorka książki o kuchni libańskiej "Hummus, za'atar i granaty". Z pasji projektantka grafiki, która po godzinach od zawsze relaksuje się w kuchni. Prowadzi cykliczne warsztaty z kuchni arabskiej oraz blog o tematyce okołokulinarnej: www.blogsamar.com

Moje życie po telewizji

Nadeszła wiosna, a wraz z nią hucznie ruszyły nabory do kolejnych edycji znanych i lubianych "talent shows" na wszystkim nam dobrze znanych kanałach telewizyjnych. Tańczysz, śpiewasz, chodzisz prosto, kroisz ogórki, tresujesz lwy, albo robisz wszystko to samo w kategorii wiekowej do lat 12 i chciałbyś/chciałabyś żeby zobaczyła to cała Polska (i przy odrobinie pecha/szczęścia – tu wszyscy udajemy, że odwracamy wzrok od Ciebie, Bilguun Ariunbaatar – cały świat za pośrednictwem youtube)? To właśnie nadchodzi Twój czas – wkrótce będziesz mogł/mogła stanąć w szranki z ludźmi, którzy mają podobny pomysł na siebie, lub którzy też wpadli na ten pomysł (a to dwie inne bajki).

Jeśli zastanawiasz się, czy warto zapisać się na coś takiego (lub jeśli za Twoimi plecami ktoś uprzejmy wybrał Cię już na ochotnika), musisz liczyć się z realiami swojej decyzji. Kariera w talent show to nigdy nie jest historia o księżniczce czekającej w wysokiej wieży na księcia, który przyjedzie na białym koniu. Nic w życiu nie dzieje się bez przyczyny, ale też nic nie stanie się bez naszego udziału.



Dzisiaj mija rok od mojego pierwszego castingu do MasterChefa. Rok temu nie spodziewałam się, nie przypuszczałam nawet, że zgłoszenie wysłane przez mojego męża tak wiele zmieni w moim życiu. Poznawszy w toku mojej telewizyjnej przygody uczestników innych tego typu programów, czy rozmawiając z ekipą produkcyjną (dobra rada: szanuj ich ciężką pracę), nabrałam świadomości, że niezależnie od tego czy chcesz chodzić na catwalku w Top Model czy śpiewać przed Kubą Wojewódzkim, zawsze wyniesiesz z tego programu jedynie tyle, ile sam/a do niego włożysz własnej energii (i to będzie wartość większa niż czek, samochód czy dowolne błyskotki w zależności od programu i zasobności portfela aktualnego sponsora).
Kiedy brałam udział w pierwszym castingu, nie wiedziałam na co się piszę i co będzie dalej. Wiedziałam, że kocham nad życie grafikę i sztukę, że lubię gotować i sprawia mi to ogromną przyjemność. Wiedziałam też, że w życiu trzeba robić to, co się lubi i, że obydwie te rzeczy da się ze sobą połączyć. Z perspektywy czasu stwierdzam, że to niezły początek.

Precasting, casting, najlepsza czterdziestka i najlepsza czternastka – przejście przez każdy z tych etapów to krok stumilowy, który nie uczy Cię w zasadzie niczego nowego, ani nie polepsza Twoich kwalifikacji, ale utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś we właściwym miejscu i we właściwym czasie. Z kuchnią jest jak z grafiką - warsztat szlifuje się całe życie, ale trzeba mieć coś, nad czym będziemy dalej pracować.

Nagrania do programu to dopiero początek drogi, za której kulminację początkowo uważałam jego emisję. Z wypiekami na twarzy czekałam na premierę, pierwszy odcinek, potem kolejne i to wiedząc, co wydarzy się w najbliższych dniach. To dziwne uczucie – patrzeć na siebie na ekranie i oglądać wszystko na nowo, przeżywając wszystko jeszcze raz. Stres w programie powoduje czasową sklerozę. Prawdą jest też, że z perspektywy czasu, telewizora i edycji wiele rzeczy wygląda inaczej. Można pójść drogą permanentnego chowania twarzy w dłoniach, płaszcza z dużą stójką i fedory, ale ostatecznie człowiek nabiera dystansu do sytuacji, ale przede wszystkim samego siebie.
Kiedy okazuje się, że nie wygrasz i odpadasz na ekranie i wiesz, że dla telewidzów to koniec, nadchodzi dla Ciebie moment najważniejszej decyzji – co dalej? Każdy będzie miał swoją odpowiedź, niektórzy czują się spełnieni i/lub mają ochotę odpocząć od wyczerpujących zdjęć, kamer i wszystkiego związanego z TV. Jeżeli jednak, tak jak ja, masz nadzieję na przekucie swojego udziału w jakieś realne życiowe zajęcie, to ten moment to dopiero początek – początek ciężkiej pracy. Nie zawsze trzeba wygrać, aby być wygranym ale, nic samo się nie zdarzy.

Odpadając z programu wychodzimy silniejsi - o nowe doświadczenia. Znamy swoje mocne i słabe strony, mamy motywację, zostało też nam dane ziarno ambicji, które trzeba zasadzić na żyznej glebie. Szkolić się, ćwiczyć, kroić, testować, próbować, filetować, piec, gotować - najlepiej pod okiem swojego kulinarnego mistrza. Nikt w końcu nie został Michelem Roux jednej nocy, a kuchnia relaksuje i wynagradza trud smakiem, ale uczy też cierpliwości i wytrwałości, bo nie wszystko udaje się od razu. Tak jest w każdym zawodzie i nie da się tego przeskoczyć.

Takie programy można więc traktować dwa sposoby. Jako przygodę swojego życia, która nigdy więcej się zdarzy, do której wchodzimy na chwilę, żeby powrócić do swojego życia, lub... Jako początek długiej drogi, po przebyciu której są szanse, że telefon, na który czekamy, kiedyś sam zadzwoni.
Trwa ładowanie komentarzy...