O autorze
Pół-Polka, pół-Libanka. Uczestniczka trzeciej polskiej edycji programu „MasterChef”, której umiejętności docenili między innymi Gordon Ramsay i Michel Roux. Autorka książki o kuchni libańskiej "Hummus, za'atar i granaty". Z pasji projektantka grafiki, która po godzinach od zawsze relaksuje się w kuchni. Prowadzi cykliczne warsztaty z kuchni arabskiej oraz blog o tematyce okołokulinarnej: www.blogsamar.com

Kobieta między dwiema kulturami

unsplash.com
Wychowałam się w domu dwukulturowym. Mój tata jest Libańczykiem, a mama Polką. Dwadzieścia lat temu takich małżeństw jak to moich rodziców w Polsce było niewiele, a nawet bardzo niewiele. Wszystko się jednak zmienia, ludzie podróżują i miłość przestała znać granice.

Polacy nie odróżniają Chińczyka od Japończyka, Libańczyka od Libijczyka, a cały Bliski Wschód jest dla nas jedną wielką wioską pełną Arabów, często nazywanych też pieszczotliwie terrorystami. To trochę tak jakby Polacy, Rosjanie, Czesi czy Słowacy byli jednym tworem narodowym - a przecież tak nie jest. Mamy różne różne kultury, obyczaje, historie, a nawet różniące się kuchnie. Tak wiele nas łączy i tak wiele dzieli. Kraje arabskie też są bardzo różne - mają różne systemy władzy, różne poglądy, różne języki, różne religie i obyczaje.


Liban na tle reszty Bliskiego Wschodu jest krajem nad wyraz specyficznym, bardzo liberalnym i po prostu przepięknym. Na liczącej trochę ponad 10 tys. km² powierzchni (Województwo Mazowieckie liczy niewiele ponad 35 tys. km²) mieści się absolutnie wszystko - od gór, po rzeki, jeziora, piaszczyste plaże czy starożytne ruiny fenickich miast. Na tak niewielkim obszarze nie tylko można wiele zwiedzić i zobaczyć, ale też zachwycić się bogactwem kulturowym, kulinarnym i podejściem do życia tego narodu.

Ciężko nie zakochać się w tętniącym życiem i wyjątkowo gorącym Paryżu Bliskiego Wschodu, gdzie na każdym kroku kusi nas pachnące jedzenie, świeże owoce, aromatyczna kawa i uśmiechnięci libańczycy spokojnie popalający argile. Liban to miejsce, w którym na co dzień nie tylko tolerują się, ale i świetnie ze sobą współpracują różne nacje i wyznania - od muzułmanów po katolików, od Libańczyków aż po Kurdów. Zarówno duże miasta, jak i mniejsze miejscowości tętnią życiem. Ludzie głównie spotykają się wokół stołu, gdzie jedzą, piją mocne arabskie kawy i herbatę albo po prostu rozmawiają. Pomimo wszędobylskiego gwaru i zapracowania udaje się znaleźć chwilę, aby w spokoju zapytać się co słychać.


Pamiętam swoją podróż do Libanu jako dziecko, może miałam 10 lat. Uwielbiałam wspinać się po drzewach i zrywać zielone migdały wiosną. Jednak przyuważona przez wujka i kuzynów zostałam poproszona o zejście z drzewa, a zielone migdały dostałam od kuzynów, którzy honorowo je zrywali. To był mój pierwszy kontakt z zupełnie innym wychowaniem chłopców. Zupełnie innym w stosunku do tego, z jakim na co dzień miałam do czynienia w Polsce. Tu, dziewczynki od małego liczą na siebie i same sięgają po to, co chcą. Nikt się nie przejmuje czy spadnie z drzewa czy nie. Od przedszkola panuje równouprawnienie.

Minęło wiele lat, kiedy na Liban i stosunki damsko-męskie spojrzałam zupełnie inaczej. Dopiero teraz mogę spojrzeć wstecz i porównać w pełni świadomie tak podobne i różne światy.

Dobrze jest mieszkać w mieście, bo miasto rządzi się swoimi prawami i większą swobodą. Im dalej od miasta, tym jest ciężej. Nie ma problemu z wykształceniem, Libanki są świetnie wykształcone według francuskiego systemu. Schody zaczynają się, kiedy dziewczyny zaczynają szukać pracy. Katoliczka ma łatwiej, muzułmanka niekoniecznie. Pensje dla kobiet są z założenia niższe, poza tym wiadomo, że młoda, atrakcyjna dziewczyna szybko znajdzie dobrego męża, co pociąga za sobą kolejny etapy życia prywatnego i przestaje być atrakcyjna dla pracodawcy.

W Libanie śluby są bajkowe, z ogromnymi tortami, fajerwerkami i pięknie zdobionymi sukniami. Wszystko jest na bogato jak z baśni “Tysiąca i jednej nocy”. Każda dziewczyna ekscytuje się zaręczynami, małżeństwem i posiadaniem własnego domu. Po ślubie mąż utrzymuje żonę i dzieci, a kobieta się nim opiekuje, gotuje, sprząta i spędza resztę czasu wedle swoich zainteresowań.

Mój tata zawsze powtarzał, że “nikt tak mocno nie kocha jak Libańczycy”. Nie wiem, ile w tym jest prawdy, ale wiem, że kobiety od najmłodszych lat noszone są w Libanie przez mężczyzn na rękach i traktuje się je prawie jak księżniczki. Mężczyźni od dziecka uczeni są takiego traktowania kobiet. Naturalne jest, że bracia dbają z ogromną troską o swoje młodsze i starsze siostry, a potem o swoją partnerkę. Dla swojej lubej są w stanie piaski pustyni przesypać i dziesięć wielbłądów przyprowadzić.

Małżeństwo to układ zawarty z miłości między kobietą i mężczyzną, w którym każdy powinien stworzyć własne reguły. Nie wiem, czy kobieta w Polsce pracująca na pełen etat, a po pracy pracująca na drugi w domu jest szczęśliwsza od tej pracującej wyłącznie w domu w Libanie. Wiem, że kobiety w Polsce są zmęczone i chciałby poczuć się jak arabskie księżniczki i wiem też, że nie jedna Libanka chciałaby uciec spod klosza (rodziców albo męża – bez znaczenia), zarabiać na siebie i zyskać swobodę z tym związaną.

Wystarczy, że cofniemy się do czasów naszych dziadków, gdzie to “mężczyzna nosił spodnie w domu”, żeby zdać sobie sprawę jak młody jest nasz kobiecy korpo-sufraż. Jestem przekonana, zwracając się do współczesnych kobiet, że znamy odpowiedź na pytanie, którą kobietą wypada nam być i do bycia którą aspirować. Czego nie jestem pewna, to czy przy presji współczesnego świata potrafimy się przyznać przed samymi sobą, którą kobietą chciałybyśmy być.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...